Relacje z wyprawy dostępne na Blip oraz album zdjęć
Dziś miałem plany dotarcia do Oksywia, tak z początku zakładałem, lecz szybko musiałem te plany zweryfikować. Po dotarciu nad zatokę i zejściu na plażę zaraz koło puckiego molo już czułem - dosłownie - że jest tu "inaczej" niż gdziekolwiek indziej. Za kawałkiem plaży zaczyna się mocne przewężenie i tu moje plany co do daleszej wędrówki zostały natychmiast zweryfikowane. Szerokość plaży jest znikoma, brzeg pokryty ściekowym osadem, a zapach wody można porównać do przysłowiowego szamba. Próbowałem iść kawałek boso, przedzierając się przez kamienie, kawałki szkieł i osadu. Czułem jak moje stopy nieprzyjemnie zagłębiają się w tym "czymś", bojąc się nawet, aby przez rane jaką mam na palcu nie wdarły się do niej jakieś drobnoustroje. Nie było szansy iść dalej. Po prawej stronie wznosi się wysoki klif, wzdłuż którego znajduje się ścieżka przez las. Wg. mapy ścieżka prowadzi aż do Rzucewa. Decyzja jaką podjąłem była najbardziej słuszną w tym momencie - będę szedł górą i muszę ten kawałem ominąć. Znalazłem ścieżkę prowadzącą na góre - jedyną chyba na tym odcinku - po wejściu przyodziałem moje sandałki i pognałem przed siebie przez lasy i łąki wzdłuż lini brzegowej. Piękna piosenka, a raczej hymn umilał mi wędrówkę. Podziwiając te przepiękne krajobrazy rozświetlane promieniami słońca i to że mogę tu być i cieszyć się ich widokiem, ten przepiękny hymn uświadamiał mi że nic nie jest dziełem przypadku.
Z Rzucewa drogą skierowałem się do Osłonina. Ten kawałek również przemierzyłem lądem, gdyż wg. mojej wiedzy, linia brzegowa była na tym odcinku bardzo podobna. Czułem się coraz słabszy. Gardło bolała mnie coraz bardziej i chyba miałem temperaturę. W Osłoninie byłem już ok. 13tej. Czułem się coraz gorzej. Patrząc w niebo, zapowiadało się na deszcze, a raczej na prawdziwą pompę z nieba. Usiadłem, zebrałem myśli, otworzyłem mapę i myślałem...jak dalej iść i jaką strategię obrać. Patrząc na mapę dalej rozpoczynały się już bagna, które trzeba było by obejść lasem, później z Mechelinek do Oksywia - i tu znów bardzo wąska plaża i też nie wiadomo w jakim stanie. Taka linia brzegowa na maoie jest specjalnie oznakowana i dlatego to wiedziałem. Następnie zaczyna się już Gdynia Sopot i Gdańsk...porty, kanały, kawałki plaż, jak żółty ser z dziurami. Musiałem ruszyć rozsądkiem i powiązać wiele rzeczy równocześnie. A fakty były takie: czułem się koszmarnie, zapowiada się na porządny deszcz, przede mną do Oksywia jeszcze 22 km, brzegiem i tak nie przejdę tylko "górą". Decyzja - omijam to wszystko i wsiadam w autobus do Rumi, który na szczęcie miał zaraz przyjechać. Gdy tylko wsiadłem z nieba lunęła prawdziwa pompa - mogę powiedzieć, że znów miałem szczęcie. Jedną całą stope i sandał miałem upaćkany w błocie, wyglądałem jak Shrek, ludzie trochę zerkali na mnie z zainteresowaniem ale ja jak to ja - nie zwracam uwagi na to co ludzie myślą i mówią.
W Rumi od razu skierowałem się na dworzec PKP i SKM-ką pojechałem do Gdańska. Nie czułem się dobrze. Z tego wszystkiego zapomniałem skasować bilet na peronie, a w pociągu nie było kasowników - dlaczego? - bo PKP za skasowanie biletu u konduktora pobiera 2,80 zł. Jednak trafiłem na bardzo sympatyczną Panią konduktor i maszynistkę w jednym i na następnej stacji zatrzymała się wprost przed kasownikami specjalnie dla mnie. Oby więcej takich przyjaznych maszynistokonduktorek :-). Jechałem godzinę i nie bardzo wiem co się działo bo już tak źle się czułem.
Z noclegiem miałem trochę problemów. W końcu kajutę znalazłem w tzw. Hostelu w pokoju wieloosobowym. Przeziębiłem się i czuję się nie najlepiej. Teraz wiem, że podjąłem słuszną decyzje. Gdy ległem na moje wynajęte łoże czułem jak wirusy atakują mnie od środka. Do celu dotrę na czas, nawet w pół żywy i żadna choroba nie jest w stanie mnie zatrzymać.